Ciężar. Ogromny ciężar. Jeśli źle położę stopę, albo mocniej zegnę kolano, upadnę i zginiemy. Jeszcze tylko parę metrów.
„Dlaczego dałem się mu namówić?” – myślał sapiąc potwornie stawiając każdy kolejny krok. Ciężar na ramionach zdawał się być coraz większy. „Pomóż mi, przenieś mnie – powiedział” – denerwował się w myślach olbrzym. „Och, gdybym tylko wiedział, co to będzie za przeprawa”. Nagle gładki kamień na dnie osunął się pod jego stopą i większa fala na moment przykryła głowę wielkoluda tak, że aż napił się solidnie wody. O oddech nie było łatwo, bo kolejna fala zabrała mu ponownie dostęp do powietrza. „Muszę mocniej się zaprzeć i choćby pod wodą przejść jeszcze dwa, trzy kroki, bo już czuję brzeg” – kiedy tak pomyślał i realizował swój powzięty na szybko i dramatycznym wysiłkiem plan, poziom wody zaczął się rzeczywiście obniżać. Dno zaczęło się wznosić, a łykane gwałtownie powietrze było upragnionym ratunkiem. Gdy ostatkiem sił dotarli do brzegu i chłopiec zsunął mu się z barków na ziemię, wielkolud zapytał – „chłopcze, jak to możliwe, że jesteś taki ciężki. Prawie zginęliśmy”. Chłopiec uśmiechnął się, odparł „Przeniosłeś dziś na swych barkach Stwórcę świata. Jestem Chrystusem, twoim królem.” i znikł.